Wywiad

Prawo autorskie w internecie… czyli bądźmy czujni w sieci

21 października 2020Joanna Parafianowicz

Żyjemy w czasach, w których na każdym kroku spotykamy się z koniecznością wyrażenia zgody i akceptacji polityki korzystania z danego serwisu. Nawet jeśli chcemy tylko przeczytać artykuł w internecie, korzystając ze strony zgadzamy się na używanie plików cookies, które są instalowane na naszym urządzeniu. Czy czytamy regulaminy, na co się godzimy, a czego nie jesteśmy świadomi wyjaśnia adw. Joanna Parafianowicz z Adwokatury Polskiej.

W skrócie

Przeciętny internauta, aby zapoznać się z regulaminami wszystkich usług, które czyta w ciągu jednego roku, potrzebuje minimum 76 dni roboczych.

Korzystając z aplikacji na Androida musimy się liczyć z tym, że może ona czytać nasze SMSy, ma dostęp do kamery i głośnika naszego telefonu, nawet jeśli aktualnie nie korzystamy z aplikacji Facebooka.

Polskie przepisy traktują gry jako utwór szczególny, więc ich kopiowanie, tłumaczenie i rozpowszechnianie w dowolnej formie jest zabronione bez zgody twórcy.

Legalność licencji fizycznej można zweryfikować sprawdzając etykietę certyfikatu autentyczności lub naklejkę z kluczem produktu.

W 2012 roku naukowcy wyliczyli, że na samo zapoznanie się z regulaminami wszystkich usług, na które przeciętny internauta zgadza się w ciągu jednego roku, powinien poświęcić 76 dni roboczych. Od tego badania minęło już kilka lat, a rozmaitych regulacji przybywa. Można więc śmiało założyć, że dzisiaj trzeba by było poświęcić na to jeszcze więcej czasu. 

Samo czytanie regulaminów nie załatwia sprawy – są one skomplikowane, często specjalnie napisane w taki sposób i takim językiem, żeby zostawiać wiele kwestii niedopowiedzianych, a zapisy są regularnie zmieniane i zwyczajnie naginane. Jeśli do tego wszystkiego dodamy przepisy prawa obowiązującego wszystkich, a nie tylko użytkowników danego serwisu, które także nie należą do trwałych i zrozumiałych okazuje się, że przeciętny człowiek musiałby poświęcić kilka lat życia, aby świadomie korzystać z dobrodziejstw internetu. Oczywiste jest zatem, że większość z nas błądzi we mgle.

Regulamin Facebook – na co się zgadzamy?

Zasady korzystania z Facebooka, podobnie jak i innych tego rodzaju serwisów, są rozbite na wiele różnych dokumentów takich jak “Oświadczenie dotyczące praw i obowiązków”, “Zasady wykorzystania danych”, “Zasady platformy Facebooka” i wiele innych.

CIEKAWE:
Jeśli na przykład korzystamy z serwisu za pomocą aplikacji na telefon, musimy zaakceptować kolejne regulaminy, które wiążą się z kolejnymi uprawnieniami dla Facebooka i to niemałymi. Na przykład korzystając z aplikacji na Androida musimy się liczyć z tym, że może ona czytać nasze SMSy, ma informacje na temat naszego położenia, czy też ma dostęp do kamery i głośnika naszego telefonu, nawet jeśli aktualnie nie korzystamy z aplikacji Facebooka.

Oczywiście, jeśli któryś z zapisów Terms of Service nam nie odpowiada, mamy wybór jak w PRL’owskiej stołówce – możemy jeść, albo nie jeść. Tak, użytkownik nie ma żadnej możliwości, żeby modyfikować indywidualnie zapisy regulaminu, żadne wpisy na wallu, nawet te, w których powołujemy się na Konwencję Berneńską czy Konstytucję RP, nie zmienią naszej sytuacji, tak więc możemy je tylko akceptować lub nie. To drugie jednak wiąże się z niemożliwością korzystania z serwisu lub konkretnej funkcji.

Warto mieć na uwadze, że w momencie kiedy zgodziliśmy się dołączyć do Facebooka, nawet jeśli regulamin wyświetlił się nam w języku polskim, podpisaliśmy umowę z amerykańską firmą i jest ona regulowana przez amerykańskie prawo. Więc gdyby ktoś z nas dopatrzył się, że portal narusza własny regulamin musiałby się liczyć z tym, że swoich praw musiałby dochodzić przed amerykańskim sądem.

Dobrą wiadomością dla każdego użytkownika Facebooka jest to, że wszystkie wpisy, zdjęcia, filmy i inne materiały mogące być chronione przez prawo własności intelektualnej, które wrzucamy na portal, pozostają naszą własnością, jednakże dajemy mu za to bardzo szerokie uprawnienia do korzystania z nich.

WAŻNE
Akceptując regulamin portalu zgadzamy się, że każde przesłanie treści na jego serwer wiąże się z przekazaniem mu “niewyłącznej, zbywalnej, obejmującej prawo do udzielania sublicencji, bezpłatnej, światowej licencji” na nie. Facebook może więc bez naszej wiedzy odsprzedawać nasze treści dowolnym partnerom i podobnie rzecz się ma z Instagramem. Co więcej, nawet jeśli np. korzystamy z telefonu na którym nigdy nie logowaliśmy się na Facebooka, ale korzystamy na nim z maila, to jest bardzo prawdopodobne, że korporacje i tak będą wiedzieć z jakiego urządzenia korzystamy. A dane z Facebooka są automatycznie wysyłane do takich serwisów jak Bing, Pandora, TripAdvisor czy Yelp.

Jedynym sposobem na to, żeby odzyskać pełną władzę nad naszymi treściami jest usunięcie konta, bądź usunięcie konkretnego materiału, przy czym muszą go również usunąć ze swoich profili wszystkie osoby, które tą treść przekazały dalej. Co biorąc pod uwagę viralowy charakter sieci społecznościowych jest bardzo trudne i trzeba zdawać sobie sprawę, że jeśli już coś raz wrzucimy na Facebooka, to ile nie włożymy bardzo dużo starań, żeby to usunąć, już to tam pozostanie. Na pewno skutecznym rozwiązaniem nie jest tutaj ograniczanie widoczności naszych wpisów – wpływa to jednak jedynie na to, którzy użytkownicy zobaczą nasz wpis, a nie na to, jakie dane przesyłamy do amerykańskiej korporacji.

Skoro już wiemy, że my, zwykli ludzie możemy stać się ofiarami giganta, warto pomyśleć, czy z jego perspektywy, albo z punktu widzenia innych podmiotów – w pewnych okolicznościach to nie my stajemy się kłusownikami. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie ściągnął z internetu filmu lub gry nie mając pewności czy autor lub dystrybutor wyraził nam na to zgodę, albo nie wykorzystał cudzego zdjęcia bez uiszczenia stosownej opłaty.

Z uwagi na to, że także i mi się to kiedyś przytrafiło i nadal tego żałuję, nauczona własnym doświadczeniem i podbudowana wiedzą wynikającą z orientacji w prawie, chętnie przybliżę kilka kluczowych kwestii oraz odpowiem na pytania czytelników.

Ochrona praw autorskich w internecie

Prawa autorskie, czyli najogólniej rzecz ujmując zbiór uprawnień należnych danemu autorowi, chronią interesy twórcy i pozwalają mu na współdecydowanie o tym, kto z jego utworu może korzystać.

Ich zadaniem jest przede wszystkim to, aby ktoś, kto tworzy dzieło (np., grę czy film) mógł otrzymać należne mu za to wynagrodzenie i mógł dalej pracować, z drugiej zaś strony – legalny obrót pozwala na utrzymanie się wszystkich zaangażowanych weń podmiotów, a budżet państwa zasilany jest wpływami pochodzącymi z podatków.

W internecie prawa autorskie są chronione dokładnie tak samo jak w świecie realnym, ale łatwiej jest o nadużycia. Dlatego tak istotna jest świadomość zarówno naszych obowiązków wynikających z poruszania się w przestrzeni internetowej jak i praw. Przykładem tego, jak można się w tym pogubić są nie tylko dalecy nam twórcy, czy gigantyczne firmy producenckie, ale także my sami. Jako przykład takiej sytuacji przychodzi mi do głowy często powracający na Facebooku łańcuszek oświadczeń o takiej mniej więcej treści: „Oświadczam, że nie wyrażam zgody, aby Facebook używał moich zdjęć ani jakichkolwiek informacji zawartych w moim profilu, moich aktualizacjach i statusach.” Oczywiście umieszczenie takiego wpisu na swojej tablicy ma moc prawną porównywalną do tego, gdybyśmy w wynajmowanym mieszkaniu wyskrobali na ścianie “Niniejszym oświadczam, że od dzisiaj przestaje mnie obowiązywać obowiązek płacenia czynszu”, czyli żadną. Jednak sam fakt, że takie oświadczenia są masowo publikowane świadczy o tym, że wielu ludzi nie rozumie, co Facebook może robić z ich danymi i ta świadomość ich zwyczajnie przeraża.

Na jakich warunkach można korzystać z cudzych utworów, czy na użytek własny wykorzystanie filmiku jest ok, a już wyświetlenie go np. na ślubie nie? Czy można przekopiować film DVD na komputer, żeby go obejrzeć (na własny użytek)?

Odpowiedź na te pytania zależy od wielu czynników. Przede wszystkim według ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych konsumenci (czyli nie osoby, które robią to w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą) mogą bez zezwolenia twórcy, dystrybutora filmu lub innego uprawnionego podmiotu nieodpłatnie korzystać z rozpowszechnionych utworów na własny użytek osobisty. Możliwe jest zatem skopiowanie płyty od znajomego czy zrobienie zapasowej kopii do domowego archiwum. Inne formy korzystania z utworu wymagają zgody właściciela praw autorskich.

Czy kiedy stworzę jakieś dzieło i umieszczę je w sieci, regulaminy wielu stron internetowych zobowiązują mnie do przeniesienia moich praw autorskich na daną stronę. Czy oznacza to, że tracę wszystkie prawa?

Wszystko zależy od regulaminu strony, na której dochodzi do publikacji. Możliwe jest zarówno przekazanie wszystkich praw jak i ich części.

Jak sprawdzić czy dostępny w sieci utwór jest oferowany legalnie czy nielegalnie?

Kluczowe jest tu źródło. Jeśli szukamy na popularnej stronie, której nazwa odnosi się do miłego domowego zwierzątka podobnego do świnki morskiej, nie warto podejmować ryzyka.

Czy rozpowszechnianie utworów jest jak darmowa reklama?

Warto pamiętać o tym, że w życiu prawie nic nie ma za darmo. Zasada ta odnosi się w szczególności do reklamy. Zatem, jeśli dla reklamy autora i jego dzieła mielibyśmy pokusę rozpowszechniania (nielegalnie) jego utworu, to powstaje pytanie – dlaczego on nam za to nie płaci?

Jak nie ma notki o prawie autorskim, to nie jest chroniony tym prawem?

Prawo autorskie obowiązuje zawsze, brak notki może wskazywać na nielegalne pochodzenie utworu.

Jaka jest różnica między prawami autorskimi a licencją?

W największym uproszczeniu – prawa autorskie przenosi się na stałe, a licencja pozwala na korzystanie z utworu w określonym czasie.

Pobieranie filmów na własny użytek

Czy z grami jest podobnie jak z filmami czyli samo pobieranie ich na własny użytek i nie udostępnianie nie jest karalne? Lub czy samo granie w nieoryginalną czyli „spiraconą” specjalnym crackiem w celu obejścia zabezpieczeń grę jest karalne?

Artykuł 23 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych rozstrzyga kwestie tzw. dozwolonego użytku osobistego rozpowszechnianych utworów. Zgodnie z jego treścią, bez zezwolenia twórcy nie tylko nie wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego, ale także na budowanie według utworu architektonicznego i architektoniczno-urbanistycznego oraz na korzystanie z elektronicznych baz danych spełniających cechy utworu. Jedynym wyjątkiem jest tu sytuacja, gdy chodzi o własny użytek naukowy niezwiązany z celem zarobkowym. Warto dodać, że ustawodawca posługując się pojęciem „użytku naukowego” nie ma tu na myśli używania utworu po to, aby się go nauczyć 🙂 Warto też dodać, że polskie przepisy traktują gry jako utwór szczególny – jego kopiowanie, tłumaczenie i rozpowszechnianie w dowolnej formie (także nieodpłatnie) jest zabronione bez zgody twórcy (od tej zasady są jedynie nieliczne wyjątki jak np. budowanie według cudzego utworu architektonicznego i architektoniczno-urbanistycznego oraz do korzystania z elektronicznych baz danych spełniających cechy utworu, chyba że dotyczy to własnego użytku naukowego niezwiązanego z celem zarobkowym. Przenosząc te słowa z treści ustawy „na nasze” warto wiedzieć jedno: nawet na własny użytek – pobieranie gier lub programów z sieci lub kopiowanie ich od innych osób, choćby dostęp do gry wykupiły – jest nielegalne.

W temacie legalności oprogramowania. Co jest zabronione, jak kupić legalny program, jak rozpoznać sprzedawcę nielegalnego oprogramowania? Oczywistym jest, że Windows za 600 zł na stronie MS jest legalny. Oczywistym wydaje się też, że ten sam Windows za 5zł na Allegro jest nielegalny. Ale jest całe spektrum pośrednich cen.

Prawo nie wymaga od nas tego, abyśmy byli detektywami. Nie oznacza to jednak, że możemy sobie pozwolić na naiwność lub nie daj Boże – bezmyślność. Intuicyjnie wiemy np. że ceny samochodów wahają się zwykle w pewnych widełkach i kwoty od nich istotnie odbiegające powinny wzbudzić naszą czujność. Tak samo jest z butami, torebkami, telefonami, czy programami. Podając przykład, pamiętam sytuację z warzywniaka niedaleko mojego osiedla – sprzedawano tam „pomidory na zupę”, a ich cena stanowiła ok. 10% wyjściowej. Problem w tym, że były częściowo zepsute. Aby nie sprowadzić na siebie kłopotów ważne jest zatem, abyśmy nie folgowali swojej wyobraźni i nie wierzyli, że trafiła nam się super okazja, o ile nie jest ona choć odrobinę zbliżona do normalnych cen rynkowych oraz żeby kupować oprogramowanie od sprawdzonych sprzedawców. Jak zaś sprawdzić, czy jego ono legalne? W odniesieniu do licencji cyfrowych, które nie muszą mieć fizycznego nośnika, pamiętajmy, że są zwykle dystrybuowane elektronicznie – rejestracja powinna zaczynać się na realnie istniejącej stronie dostawcy, a dostarczane mailem – powinny przychodzić także z legalnego adresu (tu jednak warto zaznaczyć, że piractwo także z tym sobie potrafi radzić).

Licencje cyfrowe to licencje na oprogramowanie dystrybuowane elektronicznie, głównie online – zwykle poprzez rejestrację na platformie dostawcy lub pocztą elektroniczną. Nie muszą mieć fizycznego nośnika. Legalność licencji fizycznej sprawdzić można nieco łatwiej, bo dystrybuowane są na nośnikach – powinny mieć zatem etykietę certyfikatu autentyczności lub naklejkę z kluczem produktu, niezbędnym do zweryfikowania.

Czyli sytuacja, w której ktoś „przyłapany” stwierdzi, że kupił w dobrej wierze, bo myślał że to okazja raczej musi liczyć się z możliwymi konsekwencjami takimi jak np. zarzut nieumyślnego paserstwa z karą do 2 lat.

Myślę, że przede wszystkim nie warto udawać, że się urodziło wczoraj. Choć w procedurze karnej oskarżyciel zobowiązany jest do poszukiwania zarówno dowodów winy jak i niewinności, w sytuacji, gdy z okoliczności sprawy wynika korzystanie z nielegalnego oprogramowania, to po stronie jego użytkownika leży obowiązek udowodnienia, że świadomie nie popełnił przestępstwa. W takiej sytuacji istnieje możliwość przejęcia przez organa ścigania sprzętu jak i to, że to sam zainteresowany będzie musiał wykazać, że nie ponosi odpowiedzialności za zarzucany mu czyn. Pamiętajmy więc, że na gruncie prawa karnego wina, to nie tylko chęć popełnienia przestępstwa, ale także brak chęci i godzenie się, iż może do przestępstwa dojść. Odpowiadając zatem, na retoryczne raczej pytanie: nie warto.

Zanim zdecydujemy się więc na wyrażenie kolejnej zgody lub zakup online, postarajmy się najpierw zapoznać z regulaminem serwisu lub sprawdzić źródło zakupu. Na pewno nie zaszkodzi, a być może nawet uratuje nas to od niechcianych konsekwencji.

Przeczytaj też wywiad z radcą prawnym „Prawo w internecie„.



Jak przydatny był ten post?

Kliknij gwiazdkę, aby go ocenić!

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów: 4

Dotychczas brak głosów! Oceń ten post jako pierwszy.


Joanna Parafianowicz

Adwokat procesualista i mediator, felietonistka „Rzeczpospolitej”, autorka książki „Jeżeli chodzi o prawo, to mogę doczytać”.

Komentarze do artykułu


widget instagram lenovo
widget twitter lenovo
widget facebook lenovo
widget youtube lenovo
Read previous post:
lenovo autumn
Lenovo – opinie dziennikarzy i ekspertów nt. laptopów i nie tylko

Decydując się na zakup laptopa, lista czynników, jakie należy uwzględnić przy jego wyborze, właściwie nie ma końca. Poza researchem dostępnej...

Close